Zostaw nam swój adres mailowy, a poinformujemy Cię o kolejnym numerze naszego magazynu.

CONNECTED nr 1/2016 (10)

Leżę na łóżku. Telefonem podkręcam głos w telewizorze, bo nie do końca słyszę co mówią bohaterowie filmu wysyłanego z tabletu. W sumie, film trochę mroczny, więc dlaczego by nie zrobić odpowiedniego nastroju dostrajając kolor żarówki? To również zrobię z telefonu. Nastawiam też wodę na herbatę. Z telefonu. Po tym wszystkim mówię mu, żeby poszedł wynieść śmieci i zrobił mi kanapkę z masłem orzechowym. A potem ją zjadł.

Żarty na bok. Prawda jest taka, że – czy chcemy czy nie – wszystko wokół nas staje się coraz bardziej „smart”. Mamy cały koncept inteligentnego domu, w którym absolutnie każdy element jest ze sobą połączony. Taka „Alicja w krainie czarów” zrobiona przy użyciu internetu. Ale taka jest naturalna kolej rzeczy. Najpierw pojawiły się komputery, aby ich technologia przeniknęła do innych stref naszego życia.

Każdego roku jest tego coraz więcej. Jeszcze dwa lata temu nikt nie słyszał o piekarnikach sterowanych telefonem, a tu proszę – my takie cudo dla Was przetestowaliśmy. Sprawdziliśmy również zamek, który sam otwiera drzwi, wspomniane żarówki zmieniające kolor, oraz odkurzacz co sam sprząta. Mamy rozwiązania, które pozwolą Wam usmartowić dotychczasowe sprzęty domowe.

Jednak z każdym rokiem wraca to samo pytanie. „Czy my aby nie przesadzamy?” My, jako ludzie wymyślający kolejne udziwnione produkty. Przyjrzeliśmy się więc absurdalnym inteligentnym urządzeniom. Wreszcie, zastanowiliśmy się czy my tego wszystkiego tak naprawdę potrzebujemy? Może doprowadzi do skrajnego lenistwa, a film WALL·E okaże się być proroczą wizją przyszłości? A może uwolni nas od żmudnych czynności, będących zwyczajnym marnotrawstwem czasu?

Mam nadzieję, że lektura pierwszego w tym roku numeru Connected pozwoli Wam samodzielnieć określić czy smart-wszystko to faktycznie dobry pomysł. Poza tym, na kolejnych stronach znajdziecie relację z tegorocznej edycji Intel Extreme Masters, tradycyjną dawkę kulturowych ciekawostek i kolejną część opowiadania Wojtka. Miłej lektury!

„Jarvis, wyłącz światło!”

Owocnej lektury, znajdziecie Nas na FacebookuTwitterze, w Google Play oraz w AppStore!

Spotify Premium dosłownie za grosze

Polski rynek niewątpliwie jest smakowitym kąskiem dla serwisów muzyki streamowanej z powietrza,  a dowodem na to jest coraz większa walka o polskiego klienta. Natomiast ze strony użytkowników taka sytuacja to same korzyści.

Ciekawą propozycję przygotował jeden z największych graczy na rynku – serwis Spotify. Subskrypcję konta Premium dla wszystkich nowych użytkowników postanowił sprzedać za grosze. Od teraz każdy, kto nigdy nie korzystał ze Spotify Premium, będzie mógł wykupić usługę na trzy miesiące za jedyne 0,99 zł. W tym okresie w każdej chwili można z niej zrezygnować. Trzeba pamiętać o tym, że jeśli tego nie zrobimy po upływie wspomnianych 3 miesięcy, to zostanie ona automatycznie przedłużona. Taka sytuacja oznacza zakończenie promocji i konieczność poniesienia normalnych kosztów, które wynoszą 19,99 zł za miesiąc. Dodatkowo w procesie rejestracji niezbędne jest użycie karty kredytowej. Karty upominkowe i przedpłacone nie są akceptowane. Z kolei byli użytkownicy Premium mogą wykupić usługę na cały kwartał płacąc tylko za pierwszy miesiąc.

Pamiętajcie, że specjalna promocja kończy się 30 czerwca 2016, ale zapewne konkurencja nie śpi i już przygotowuje kontrofertę.

Źródło: Spotify

 

Asu Cast 1, czyli dłoń też może być ekranem

Nawet największy smartwatch będzie miał ekran mniejszy od dowolnego współczesnego smartfona. Nie oznacza to jednak, że może wyświetlić mniej treści. Wystarczy wykorzystać obszar wokół zegarka.

Zapłać za burgera opaską fitness

Wprowadzenie płatności zbliżeniowych do smartfonów, a następnie smartwatchy, spotkało się z dobrym przyjęciem. Fitbit, który jest jednym z największych producentów sportowych „wearables”, również postanowił zaimplementować taką funkcję w swoich urządzeniach.

Po dzisiejszym I/O wiem, że przyszłość Androida nie leży w rękach Google

Przedwczoraj obejrzałem w kinie nową komedię z Sethem Rogenem – „Sąsiedzi 2”. Świetny film, przyjemnie napisany, ładnie zagrany, zaskakująco zabawny. Po seansie wstaliśmy, wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy do domu, a nasze głowy szybko zajęły inne tematy. Tak samo czułem się po tegorocznej prezentacji na Google I/O. Wszystko fajnie, spoko pomysły, ale nowości w Androidzie miały wpływ na moje życie nie większy, niż opad deszczu w południowej Australii.

Nie jest tajemnicą, że nie używam Androida na co dzień. Wdepnąłem w ekosystem Apple parę lat temu i utknąłem tam po uszy, chociaż niejednokrotnie próbowałem się z niego wyrwać. Zawsze jednak wracałem, bo – przynajmniej w moich testach – to wszystko jakoś lepiej działało. Aplikacje były bardziej dopracowane, system bardziej przemyślany, sprzęt jakiś fajniejszy. Nie ma co owijać w bawełnę: prostu lubiłem korzystać z iPhone’a. Ciągle lubię, chociaż dzisiaj to raczej kwestia przyzwyczajenia, niż preferencji. Prosty przykład. Ostatnim sprzętem z Androidem, który miałem „w testach” był świetny Samsung Galaxy S6. Dostał ode mnie notę 6/6, bo naprawdę nie mogłem się do niczego w nim przyczepić. Niczego, co by nie było moimi przyzwyczajeniami. Biorąc do ręki S6 i iPhone’a 6 wiedziałem, że trzymam równie świetne urządzenia, ale kierowane do troszkę innego odbiorcy. Nie są to zupełnie inne osoby, ale w gruncie rzeczy oczekują tego samego.

Po cichu liczyłem, że na I/O zobaczę więc coś, co przechyli szalę równowagi w kierunku zielonego robocika. Trochę znudziłem się iPhone’em i coraz częściej przyłapuję się na mimowolnych, wirtualnych wycieczkach do sklepów z elektroniką. Tymczasem, jeśli chodzi o Androida, zobaczyliśmy takie trochę… nic. Szybkie odpowiedzi na powiadomienia? Mój iPhone to potrafi. Dwie aplikacje jednocześnie? Mam to na swoim LG G4, jeden z głupszych wynalazków tej dekady (chociaż przyznaję, kiedyś tego broniłem). Guzik do czyszczenia powiadomień też mam. To akurat spoko. Pojawiło się też lepsze wsparcie dla okularów VR. Spoglądam na swoją parę zakopaną w kurzu na półce. Aha.

Google jednak nie szykowałoby nowego Androida tylko po to, żeby pokazać nic. Zamiast tego liczne zmiany zaszły pod maską. System będzie teraz działał znacznie szybciej, zajmował mniej miejsca, potrzebował mniej energii – słowem: optymalizacja. Dostaniemy nowy silnik graficzny, na którym skorzystają gry (zgadliście, nie gram w nie!) oraz możliwość automatycznej aktualizacji. Jak się Wam poszczęści, skorzystacie z niej nawet raz. Czyli Android N (póki co taki NoName) właściwie nie wywróci Waszego życia do góry nogami. Będzie szybciej, będzie lepiej, ale nie będziecie mogli się niczym pochwalić przed znajomymi.

W tym szaleństwie tkwi metoda. A przynajmniej tak mnie się wydaje. Widzicie, mało kto korzysta z czystego Androida. Istnieje jakaś mania, szczególnie wśród blogerów i testerów, żeby karcić sprzęty za posiadanie nakładek. Tymczasem nawet oni często nie decydują się na Nexusy. Google nie tworzy więc finalnego produktu, dostarcza jedynie jego podstawę. To trochę jak z pizzą. Samo ciasto nie ma wielu fanów (chociaż ja lubię). Dopiero po nałożeniu odpowiednich dodatków zyskuje smak, obok którego ciężko przejść obojętnie. Pamiętam, że pizzeria w małej mieścinie, gdzie mieszkałem za dzieciaka dzieliła się na dwie części. W pierwszej kucharze szykowali ciasto, w drugiej nakładali dodatki i wszystko piekli.

Ta sama zasada aplikuje się do Google. Oczywiście, specjalnie dla tej garstki maniaków będą dbali, żeby interfejs czystego Androida był prosty i przyjemny. Jednak dla nich kluczowe jest dostarczanie doskonałego ciasta i to właśnie nad tym teraz pracują, a N jest tego doskonałym przykładem. Lata temu pisałem, że nakładki w Androidzie to jest świetna rzecz. Dzisiaj widzimy, że to one wygrały i to one dyktują rozwój systemu. Zadanie Google to dopilnować, by mogli bazować na jak najlepszej podstawie. Właśnie stąd to moje poczucie braku zmian po tegorocznym I/O. Te dopiero nadejdą, gdy zobaczymy kolejne generacje nakładek producentów. Ja czekam.

Allo i Duo – nowe komunikatory Google

Google ma tendencję do przedstawiania wielu aplikacji i usług, które nie zawsze zyskują na popularności, ale w dłuższej perspektywie mają wpływ na rozwój kluczowych produktów firmy. Możliwe, że będzie tak również z Allo oraz Duo, czyli dwoma nowymi komunikatorami.

Google Home – Amazon Echo ma konkurenta

Pokazany dwa lata temu asystent domowy Amazonu był nowatorskim pomysłem, Echo wprowadzał bowiem możliwość głosowego sterowania z niemal dowolnego miejsca w mieszkaniu. Teraz do gry o dom wkracza Google ze swoim, bardzo podobnym urządzeniem.

Twoja skóra do sterowania elektroniką

Do integracji ludzkiego ciała z elektronicznymi wszczepami jeszcze daleko, istnieją jednak rozwiązania, które pozwalają w nieinwazyjny sposób wykorzystać organizm do sterowania urządzeniami. Future Interfaces Group specjalizuje się w opracowywaniu tego typu metod, a najnowsza z nich zakłada zamianę powierzchni przedramienia w wielki gładzik.

25-letni laptop i samochód za 10 milionów dolarów

Supersamochody są efektem długich badań, pracy tysięcy ludzi i użycia najnowszej technologii – wydawać by się to mogło oczywiste, jednak nie zawsze używany jest tylko najnowszy sprzęt. Wręcz przeciwnie – czasem potrzebny jest komputer równie wiekowy, co sam pojazd.

Euro 2016 (prawie) jak na żywo

Po wczorajszym zakończeniu naszej Ekstraklasy kibice czekają na rozpoczęcie tegorocznych Mistrzostw Europy. Wygląda na to, że poza obejrzeniem swoich narodowych drużyn na murawach może czekać na nich jeszcze jedna niespodzianka – transmisja spotkań w wirtualnej rzeczywistości.

Jak podaje brytyjski tabloid Daily Mirror, mecze reprezentacji Anglii oraz niektóre Walii, i obu Irlandii będą nagrywane przy użyciu kamer do wirtualnej rzeczywistości. Model, na który zdecydowała się UEFA to Nokia OZO. Posiada 8 soczewek oraz 8 mikorofonów i kosztuje blisko ćwierć miliona złotych za sztukę. Takich kamer będzie kilkanaście, z czego zaledwie kilka pojawi się wewnątrz stadionu – reszta będzie relacjonować wydarzenia z szatni, tunelu dla piłkarzy, czy konferencji prasowych. Warto zaznaczyć, że będzie to pierwszy raz, gdy OZO transmituje obraz na żywo.

Niestety, z okularów VR do oglądania meczów skorzystają tylko przedstawiciele UEFA – wszystko przez ciągle raczkującą technologię. Dla kibiców rozważany jest specjalny kanał YouTube z materiałami, choć tutaj decyzja jeszcze nie zapadła. W każdym razie, jest spora szansa, że kolejne mistrzostwa będziemy oglądać na kanapie w domu, a emocje przewyższą te, które odczujemy na stadionie.

Identyczne rozwiązanie będzie próbowane już podczas finału Ligi Mistrzów 28 maja, kiedy to spotkają się Real Madryt i Atlético Madryt. Z kolei tegoroczne Euro rozpocznie się 10 czerwca we Francji. Jako, że nasza reprezentacja zakwalifikowała się do rozgrywek i jest w grupie z wspomnianą wcześniej Irlandią to jest szansa, że obejrzymy zmagania naszych piłkarzy w wirtualnej rzeczywistości na YouTube.

Źródło: Daily Mirror

Microsoft pozbędzie się kalendarza Sunrise

Sunrise to jeden z ciekawszych kalendarzy, dostępnych zarówno na systemach mobilnych, jak i klasycznych komputerach. Niestety, Microsoft, który przejął firmę jakiś czas temu, postanowił zakończyć wsparcie tej aplikacji.

Drugie życie Virtual Boya

Idea gogli pokazujących wirtualną rzeczywistość zrodziła się jeszcze w latach 90-tych, jednak początki tych urządzeń były bardzo ciężkie. Virtual Boy, czyli konsola Nintendo będąca jednocześnie takimi goglami, była kompletnie nieudanym produktem. Po ponad 20 latach pojawia się znowu, choć za powrotem nie stoi Nintendo.

O 15-latku, który odkrył miasto Majów i o naukowcach, którzy mu nie wierzą

Jeśli korzystacie z internetu, to prawdopodobnie słyszeliście o 15-letnim Kanadyjczyku, który odkrył pradawne miasto Majów. Zafascynowany światem tych Indian, William Gadoury, przy użyciu niespecjalnie wyrafinowanych metod (najbardziej zaawanasowanym narzędziem w jego dłoniach było Google Maps) i niesamowitemu oddaniu podał współrzędne osady nazwanej przez niego K’aak Chi. Cudowna historia natrafiła jednak na małą przeszkodę: antropologów. Ale po kolei.

Will (mam nadzieję, że nie preferuje Bill…) ma bzika na punkcie Majów od jakichś 7 lat. To właśnie wtedy świat zaczęły obiegać informacje o ich kalendarzu, według którego Ziemia miała przestać istnieć w 2012 roku. Jak łatwo się domyśleć tak się nie stało, ale u młodego Williama odkrycie obudziło fascynację dawnymi mieszkańcami Południowej Ameryki. Zaczął więc grzebać w ich historii, studiować książki, poznawać ich zwyczaje i zainteresowania, a także zadawać pytania. „Nie rozumiałem, dlaczego Majowie budowali swoje miasta z dala od rzek, na krańcowych ziemiach, w górach” tłumaczył dziennikowi Gadoury in Le Journal de Montreal. W myśl popularnego powiedzenia „umiesz liczyć, licz na siebie” rozpoczął więc własne poszukiwania odpowiedzi na problem.

Efektem była przedstawiona w 2014 roku, podczas festynu naukowego w Quebec City, teoria, według której Majowie chcieli odwzorować 23 gwiezdne konstelacje. Co ważniejsze, wszystkie z odkrytych 117 miast pokrywały się z ułożeniem gwiazd na niebie. Swoim wystąpieniem Gadoury zwrócił uwagę Daniela De Lisle z Kanadyjskiej Agencji Kosmicznej (CSA), który był oszołomiony wystąpieniem dzieciaka. „Nigdy nie widziałem czegoś takiego. Byłem w zachwycie. On był przygotowany. Wszystko w dwóch językach. Dwa foldery, jeden po angielsku, drugi po francusku. Odpowiedział na wszystko,” De Lisle wspominał dla VICE.

Jednak chłopak nie zaprzestał przyglądaniu się swojemu odkryciu. W ostatniej z 23 konstelacji dostrzegł gwiazdę nieodwzorowaną przez żadne miasto. To nie mógł być przypadek, więc zrobił to, co każdy 15-latek robi w takiej sytuacji: napisał do Kanadyjskiej Agencji Kosmicznej. Ci chętnie pomogli udostępniając zdjęcia satelitarne wykonane przez NASA i JAXA (to podobna organizacja w Japonii). Tutaj Gadoury potrzebował pomocy, więc połączył siły z Doktorem Armandem LaRocque z University of New Brunswick we Frederiction, by wspólnie grzebać w szalenie dokładnych fotografiach półwyspu jukatańskiego, a także w Google Maps. W styczniu je znaleźli. Ostatnie, 118, miasto Majów. Gadoury nazwał je „K’aak Chi”, co oznacza „usta ognia”. Na znalezisko nakierował ich kształt, który potraktowali za podstawę piramidy.

Przełomowe odkrycie zostanie udokumentowane w dzienniku naukowym, a sam Gadoury wystąpi na konwencie naukowym w Brazylii w przyszłym roku. Trwają także rozmowy z meksykańskimi archeologami, by odszukali K’aak Chi. W tym miejscu kończy się większość artykułów na ten temat. Szczęśliwy finał, niczym w amerykańskiej komedii romantycznej. Nieskończona sława dla młodego naukowca, duma Kanady, wrzućmy go na dolara, eh!

Wspomniałem jednak, że w sielance zaczęli przeszkadzać antropolodzy. Jest bowiem grupa naukowców, według których to podłoże piramidy jest raczej polem kukurydzianym. I nie, nie pochodzi z czasów Majów, a raczej z czasów mojego dzieciństwa. A ja znowu taki stary nie jestem.

Jako pierwszy głos zabrał David Stuart z University of Texas. Co prawda, skasował już swój post na Facebooku, ale nazywa on tam całą sytuacją „bajzlem – strasznym przykładem śmieciowej nauki wpadającej do internetu”. Stwierdził, że przypomina to Test Rorschacha*, ponieważ „miejsca są wszędzie, tak jak i gwiazdy”.

Nieco łagodniej do sprawy podszedł Thomas Garrison z USC Dornsife.  Mimo, że docenia wkład chłopaka, to według niego zdjęcia wyraźnie pokazują maksymalnie 15-letnie pole kukurydziane. Podobnego zdania jest kolejny, anonimowy antropolog, który rozmawiał z VICE. Zauważył on również, że kształt ten może przypominać podstawę piramidy, ale nią zdecydowanie nie jest. Z kolei Ivan Šprajc z Intytutu Antrolopologicznych i Przestrzennych Nauk na Słowacji uważa, że nie wiemy wystarczająco wiele na temat konstelacji gwiazd opracowanych przez Majów, by używać ich do tworzenia teorii.

Nie mówię, że nie mają racji. W końcu każdy z nich jest ekspertem w tej dziedzinie. Ale, z drugiej strony, mocno wierzę, że William jest na tropie czegoś dużego. Sceptyzm „dorosłych” przeszkadzał, przeszkadza i przeszkadzać będzie dzieciakom na całym świecie. Tego niestety nie zmienimy. Fakt, że teoria chłopaka pokrywa się z rzeczywistością w tak dużym stopniu nie wygląda na przypadek. Trzymam kciuki, że eskapada do Meksyku się uda i archeolodzy przeczeszą dżunglę w poszukiwaniu zaginionego miasta. Może odnajdą pole kukurydzy. A może będzie to właśnie K’aak Chi? Mam nadzieję, że William wtedy wyśle każdemu z tych naukowców swoje zdjęcie z podpisem „A nie mówiłem?”. W dwóch językach: po angielsku i po francusku.

*negowany przez wielu psychologów test, który na podstawie twoich opisów dziesięciu plam atramentowych jest w stanie opisać twoje cechy osobowości i nieświadome treści psychiczne

Źródło: Gizmodo, VICE, MetroCafe, The Independent